Mentalny rollercoaster w sercu Lisbony.


Słodkie pastele i jaskrawo wzorzyste kafelki wyznaczają pionowe powierzchnie ulic. Kolory kamienic – charyzmatyczna osobowość Lizbony. Tutaj nawet psy mają w oczach nostalgię fado. Po raz kolejny doświadczanie miasta było
za dnia totalnie szwendacze, choć stolica Portugalii fragmentarycznie stała się dla mnie mini powrotem do Izraela.
Zatrzymałam się u znajomej z którą miałam pierwszą zmianę w Tel Awiwie. Sumeya mieszka na obrzeżach, więc Lisbona ukazała mi także swoje bardziej codzienne, mieszkalne oblicze. Równie piękne. Trochę od alternatywnej strony: muzułmańska kolacja w wielopokoleniowej rodzinie, muzeum sztuki współczesnej i na uwieńczenie dnia, odbierając klucze od mieszkania trafiłam do izraelskiej restauracji prowadzonej przez parę żydowskich mężczyzn.
Muzeum Berardo? Skrywa w swoich stałych kolekcjach sztukę wizualną XX i początków XXI wieku. Głównie znajduje się tam sztuka europejska i amerykańska. Kolekcje pokrywają ruchy artystyczne od surrealismu do pop-art’u, hiperrealismu, minimalizmu, czy konceptualizmu w przeróżnych formach. Warhol, Picasso, Dali, Duchamp, Magritte, Miró, Bacon, Jackson Pollock, Jeff Koons, ale także współcześni portugalscy artyści wyznaczający nowe ścieżki artystycznego wyrazu. Warto odwiedzić - niezaprzeczalnie!
Poznawanie portugalskiej duszy rozpoczęłam spacerem od owego muzeum w kierunku Alfamy, serca fado. Belem? Jak dla mnie czerwony most jak Golden Gate, położenie na wzgórzach, słońce i palmy mogą zastąpić podróż do Kalifornii. Po drodze nie odpuściłam przejażdżki tramwajem linii 28. Musiałam. Takie małe zaspokojenie (nie tylko) wewnętrznego dziecka. Ale zanim nastąpiło liźnięcie symbolu Barcelony to zasmakowałam Pastel de Nata. Nie można odwiedzić Lizbony i nie spróbować chociaż raz tego smakołyku. Galaktyka w gębie. Ja zjadłam podobno te najlepsze (nie ma lipy), które można kupić w Pastéis de Belém. Spacer bardziej alternatywnymi uliczkami dzielnicy Bairro, Ajudy i Amaro umożliwił mi poznanie Lisbony na granicy kolorowych uliczek i brutalizmu architektonicznego. Ciekawe zakrzywienie.
Jako, że musiałam się przygotować do jednego z egzaminów potrzebowałam zacisza, gdzie w ciągu dnia mogłabym ogarnąć parę wykładów. Cafe Boavida. Niezwykle przytulne, ciepłe, zaciszne i urocze miejsce z browarem za euro. Polecam. Szczerze.
Charyzmatyczna i żywa. Kolorowa. Artystyczna. Urocza. Wrócę niedługo. Powracam regularnie wieczorami (bo mieszkam aktualnie oddalona od niej półgodziny pociągiem). To takie przyzwyczajenie na zasadzie relacji PKP Gryfino-Szczecin.

A tak w ogóle to mieszkańcy Lisbony mają bez przerwy pod górkę. Masakra nie? Ja to bym chciała taką masakrę uprawiać na co dzień. Szwendactwo jest to chyba najbardziej czasochłonna z atrakcji Lizbony. Miasto znajduje się na pięciu wzgórzach, a nieważne gdzie się wdrapiesz to zobaczysz przepiękną panoramę miasta z lotu ptaka oraz charakterystyczne pomarańczowe dachy. Jazda bez trzymanki. Mentalny rollercoaster.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz