
Zniknęłam z blogowej przestrzeni. Pochłonęło mnie intensywne doświadczanie świata z bliskimi. Jeżdżąc z kompanem mniej analizuję. Wtedy chyba (chyba zdecydowanie) jestem bardziej nastawiona na doświadczanie, zarówno przestrzeni, jak i towarzyszy.

Przelotna, popołudniowa Praga. Szalona, szybka, górska, mroźna i pełna nowych, nie tylko sportowych, doświadczeń Austria. Spokojna, przytulna, zwierzakowa, w bliskości z naturą i kominkowym ogniem Bełczna. Łotwa i Estonia, która odrodziła przykurzone przyjaźnie i ukazała ciepło, z pozoru chłodnych, osobowości. Rodzinny, szwendaczy, ciepły, zielony, przegadany Rzym. I Włóczykij. Kompletny.
Po tym kalejdoskopie wrażeń ruszyłam dalej. Głębiej. W totalne poszukiwanie i analizowanie zakamarków małego musku i odkrywanie upragnionych przestrzeni.
Początek?
Włóczykij wyrzeźbił kolejne postutopijne
rozwarstwienie szarej tkanki. Szukam surrealizmu i zewnętrznego
ciepła. Uraczyła i oczarowała mnie Barcelona.
Wieczorne odkrywanie,
z już prawie lokalesem, Graci i Rambli, bajkowy świat Gaudiego, radość,
spontaniczność, wszechobecny luz i czas. Parki, ogrody, place, wzgórza,
plaże, miejsca spokojne i emanujące energią. Oczarowała mnie bajkowa
przestrzeń Gaudiego, spontaniczna radość zwykłych ludzi, gra w piłkę
nożną pomiędzy uliczkami Gothicu, uśmiechy i dziwności architektoniczne.
Stolica Katalonii pachnie zupełnie inaczej. Świeżość. To klimat południa, który uwodzi.
Specyfika Barcelony i jej charyzma sprawiają, że hulałam się. Chłonęłam
Barcelonę, włócząc się bez celu brukowanymi uliczkami, zatrzymując się,
by posłuchać ulicznych grajków, sfotografować ujmujące graffiti,
poobserwować psa, panią elegancko palącą papierosy na balkonie, czy
dzieciaki odtwarzające wieczorny mecz. Tutaj nawet gąbki ochronne na rusztowanie sprawiały wrażenie części surrealistycznej architektury.

















Brak komentarzy
Prześlij komentarz