Ziemię Świętą, która dla mnie była bezsprzecznie poszukiwaniem duchowym, ale obdartym kompletnie z szaty religijnej, pożegnałam ucieczką do Autonomii Palestyńskiej, która nieustannie zaskakuje mnie swoją naturalnością i niekończącą się nadzieja.
Izrael był dla mnie przestrzenią słuchania siebie w pełni samotnie, w totalnej ciszy wewnętrznej. Nie mówię, że nie poznałam tutaj nowych osób i nie odbyłam godzinnych rozmów wyjętych prosto z „Wszystkich nieprzespanych nocy” Marczaka. Wręcz przeciwnie, był to dla mnie wyjazd podczas, którego świat skurczył się o tryliardy procent, a grono znajomych poszerzyło się o mieszkańców z najdalszych zakątków świata.
O samotnej podróży mówię w kontekście poznawania i akceptowania siebie oraz ucieczki od niepotrzebnego pędu (pomimo, że czas spędziłam tu jak już wspomniałam w poprzednim poście na pełnej...). Te prawie dwa miesiące były czasem robienia tego, co dla mnie jest najważniejsze. Warsztaty, praca jedna... i druga, podróże, rozmowy, spotkania, podsumowania i planowania.
Słuchałam swoich potrzeb, tęsknot, pragnień i zachcianek. Gdzie udaje się dalej? Jeszcze w tym tygodniu powitam Czechy, a przyszły wypełnię pięknymi górskimi widokami, dzięki narciarskiemu wypadowi do Austrii. Punktem orientacyjnym na powrót do Gryfina jest „Włóczykij. Festiwal Miejsc i Podróży”. Co dalej? Częściowo wiem, częściowo nie. Ale nie boję się tego bezplanu. Kosmiczne przestrzenie ziemskie wołają o odkrycie.








Brak komentarzy
Prześlij komentarz