Promontorium Magnum w międzyczasie.


I końcowo, albo raczej przystankowo, przywiało mnie na dwa tygodnie do
urokliwego, rybackiego miasteczka na zachodnim krańcu lizbońskiego wybrzeża – Cascais. Od kilku dni kultywuję jogging uwieńczony olśniewającą XIX-wieczną architekturą i klifami oraz ogromniastymi falami. Nie gardzę też jogą o wschodzie słońca, czy przy diabelskich ustach. Co mam gardzić, nie? Nie no, przy diabelskich ustach grzecznie odmówię.

Boca do Inferno, czyli portugalska gęba piekieł. Dla mnie? Kompletny Hades. Sztorm. Przepaść położona w nadmorskich klifach. Fale unoszące się na kilkanaście metrów, impet i siła oceanu. Jazda i piękno natury. Po prostu piękno.

Ta charakterystyczna, może trochę przerażająca nazwa, wiążę się nie tylko z kształtem, jakie przybrała formacja skalna wyrzeźbiona przez wody Atlantyku, ale również dźwiękami, które można usłyszeć w tym miejscu, gdy wzburzone wody oceanu rozbijają się z hukiem o ściany Boca do Inferno.W wolne dni uciekam na koniec świata okraszając popołudnia mistyczną Sintrą. Mistyczną chyba tylko w kontekście pielgrzymek jakie przybywają tam w postaci turystów. Tłumy, które tam mnie otoczyły, w może i owszem urokliwych miejscach, nie pozwoliły na doświadczanie cudów natury i wyrazu artystycznego człowieka na przestrzeni wieków. Uciekłam stamtąd ponownie do Cabo da Roca, gdzie dziki i surowy przylądek, stanowiący najdalej wysunięty na zachód punkt stałego lądu Europy, uspokoił moją wystraszoną tłumem duszę.



Brzeg na przylądku jest skalisty i wznosi się 144 m ponad poziom Oceanu Atlantyckiego. Liczne pozostałości po kilku historycznych tsunami, z najsilniej zaznaczonymi zmianami powstałymi na skutek trzęsienia ziemi, które nawiedziło ten region 1 listopada 1755 roku sprawiają, że wrażenie bycia na końcu świata staje się jeszcze bardziej realistyczne.
Pustka i dzikość. Uwielbiam.

Chłodny klimat Sintry ściągał niegdyś szlachtę oraz elity z całego kraju. Pełna jest wybudowanych wytwornych pałaców, ekstrawaganckich rezydencji i niesamowitych ogrodów. Nie mogę się jednak z pełną odpowiedzialnością podpisać pod starym hiszpańskim powiedzeniem: „zobaczyć świat cały, a nie widzieć Sintry, to nic nie zobaczyć”. Szału nie ma, no i... nie urywa. Jak dla mnie nie ma co tracić cennego czasu w Portugalii. Znacznie bardziej wartościowe było wpatrywanie się w przestrzeń bezkresu oceanu. I zafundowanie ostatniego żywota jabłku i bananowi.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz