Jordania nasącząna kolorami zimową porą.


Intensywny, nie ten orzeźwiający, ale męczący, zniechęcający... tak mowa tu o deszczu, który uraczył mnie na powitanie w Jordanii. Kraj w 90% pokryty pustynią, który kojarzymy z suchym powietrzem i gorączką już na początku listopada powinien orzeźwić swoją powierzchnie deszczem. Tak jednak nie było. Zima, która dla Jordańczyków jest zbawieniem, bo ich kraj należy do tych, którym brakuje wody zdalnej do codziennego użytku, rozpoczęła się właśnie w dzień mojego przyjazdu.
Charakterystycznym elementem urbanistycznym są białe kontenery na dachach budynków. Woda dostarczana jest tylko dwa razy w tygodniu, zatem na resztę dni mieszkańcy muszą przechowywać zapasy.
Nasz lokalny przewodnik-kierowca, uporczywie próbował nas pocieszyć koncepcją, że jesteśmy dobrymi ludźmi, dzięki którym przyszło zbawienie, czyli pierwszy okres deszczów w Jordanii.
Podejrzewam, że teraz usłyszę fale pocieszeń i współczucia, że moje doświadczanie Jordanii okraszone było szarym niebem i permanentnie przemoczonymi ciuchami. No... nie do końca.

Jest zestaw plusów, na które zdecydowanie kieruje swój wzrok i nawet się cieszę, że w pierwsze dni mojego doświadczania odbyły się w akompaniamencie „niepogody”. Biorę w pełni odpowiedzialność za to, że wszystko co mam jest wynikiem tego o czym myślę i w co wierzę. Przyciągam pozytywy i piękne momenty bo temu poświęcam swoją uwagę. 
Miejsca, które miałam okazje odwiedzić w deszczu to:
Dżerasz (miasto położone ok. 50 km od Ammanu, w którym znajdują się znakomicie zachowane ruiny miasta starożytnego z pierwszej połowy I tys. po Chrystusie, typowe hellenistyczne budowle), Amman (stolica Jordanii, podobno jedno z brzydszych miast na Bliskim Wschodzie, z koleją hidżaską, jordańskim browarem, muzeum samochodów, zachwycającą cytadelą i pieszczącym kubki smakowe kunafe), Petra (ruiny miasta Nabatejczyków, którego rozkwit miał miejsce w czasach antycznych).
Jako fanka Indiana Jonesa (wszystkie moje chomiki w dzieciństwie mianowane były imieniem tego odkrywcy) nie mogłam odpuścić zgłębiania tematu antycznych przestrzeni, chociaż moje stopy pływały w butach, a ciało drżało z powodu drobnych kropel ochładzających skórę. Ale to uwaga dla mnie na przyszłość - trzeba zainwestować w dobre ciuchy przeciwdeszczowe. 
Dzięki wodzie skalne miasta nabrały jeszcze większej intensywności, a ściany budowli zaskakiwały różnorodnością odcieni brązu i czerwieni. W słońcu kolory są raczej podobne, a miliony zdjęć przedstawiające je w trakcie ciepłych dni można znaleźć w grafice Google.
Ja w ostatni weekend przeniosłam się do krainy odległych, nieziemskich, kosmicznych. Mgła dodała przestrzeni magi.
Najważniejszym elementem, który pozwolił mi delektować się cudami, była pustka. Pustka i samotne doświadczanie bezkresu. Tak, turyści i tłumy niezaprzeczalnie przeszkadzają w kontemplacji, ale także napędzają lokalnych mieszkańców (którzy nie wiem czy wiecie, ale mieszkają częściowo w Petrze) do sprzedaży, nagabywania i zwiększania swoich marketingowych profitów. Wiem jak to jest być namawianym na sile w arabskiej kulturze. Ale na szczęście nie wiem jak to jest doświadczyć tego w Petrze. Byłam tam sama z kilkoma znajomymi, lokalna ludnością, wolno biegającymi końmi, osłami, wielbłądami i mgła.
Zimowa aura zwiększyła moją wrażliwość i przyjemność ze: słońca, wiatru we włosach i ciszy w której słychać trzeszczenie ścian skalnych podczas jazdy samochodem terenowym w Dolinie Księżycowej - Wadi Rum, rozgrzewającej beduińskiej herbaty (pustynnego whisky) w namiocie na środku pustyni, ciepła ognia, który osuszył garderobę w mgnieniu oka, smaku ciepłej zupy z cieciorki, hummusu i falafeli, które już zdążyły mi się znudzić, ale w Jordanii rozbłysły na nowo... Jazda po Jordańskich Wadi mogłaby być mianowana tytułem rollercoaster'u w okolicznościach potężnych gór i pięknych krajobrazów. Mam tylko nadzieje, że kwestią mojego umysłu i prawa przyciągania nie jest tylko fakt, że spacery po muzułmańskich miastach zakończyłam z 5 wyznaniami miłości i 3 ofertami ślubu.
Na szczęście pozytywne fale i perspektywę mogłam dzielić z międzynarodowa szaloną ekipa. Spotkaliśmy w Petrze, w namiocie z herbatą, mężczyznę, który przepełniony był szara energia i próbował przelać ja na nas w postaci permanentnego narzekania. Stety nie udało mu się. Świadomie przyciągam to, co wybieram, by zaistniało w moim życiu. Nie mówię, że zaplanowałam deszcz w Jordanii, ale na pewno dostroiłam energię moich myśli i działań z esencją wyboru wyjazdu i doświadczyłam go dzięki temu totalnie.
Przyjemność i pozytywy są zawsze. Trzeba tylko umieć na nie odpowiednio spojrzeć, inaczej można się nieźle zafiksować w pędzie negatywów. 
I kilka myśli na marginesie od Julii Coehlo:
Kruchość życia, tak to taki termin oklepany, ale chodząc po nie do końca turystycznych uliczkach Petry spadł na mnie kamień, który musnął mi ramię, ale 3 cm w przeciwnym kierunku i tego postu by nie było. Wiem, że muszę doświadczać. Robię to na co dzień. Na pełnej...no. :)

Brak komentarzy

Prześlij komentarz