„Banksy” power.







Spacer w stronę Palestyny. Idąc popołudniu Jerozolimą natknęliśmy się na
uliczkę artystów. Miejsce utopijne. Zapisane na liście miejsc potrzebujących mojego powrotu. W pobliżu znajdował się park, gdzie można było zmoczyć kibić w przyjemnie chłodnej i orzeźwiającej wodzie z fontanny. W uliczce mieściły się zakłady rzemieślnicze (rzeźba, malarstwo, rysunek, grafika…). Raj. Niestety jako, że było już późniejsze popołudnie, tylko jedno miejsce było otwarte. Totalnie współczesna, „childish” sztuka, kolaże i otwarta na pytania artystka tworząca nowe dzieło w tym samym pomieszczeniu. Jak się okazało przekąska przed artystyczną erupcją kreatywnego wulkanu.





Autonomia Palestyńska. Wejście przez mur i zacieki okalające miasto w akompaniamencie ostatniej modlitwy Muezina przy zachodzie słońca z przemiłą ekipą robotników wracających z Izraela. Posępna atmosfera, znacząca różnica w stopniu „bałaganu” na ulicach, taksówkarze nagabujący, by wsiąść do właśnie ich pojazdu, choć jednocześnie szczerze pomocni. 








Spacer wzdłuż muru. Już tu wchodzi kolejne solidne artystyczne pierwsze danie - graffiti na murze szerzące hasła  „make hummus not walls”, propagujące pokój i miłość, przepełnione nadzieją.







Po chwili nadchodzi jednak apogeum. Wchodzi soczyste, wytrawne, sycące drugie danie ze słodkim deserem – świeżo upieczony (marzec 2017) Hotel Banksiego.  W akompaniamencie skrzypiec i pianina Kelnerka, wyglądająca jakby dopiero co wyszła z ekranu na którym wyświetlany był Grand Budpest Hotel, roznosiła kanapki, zarówno dla gości z całego świata, jak i dla lokalnych mieszkańców, którzy zaszli wieczorem do tego magicznego miejsca. Był tam istny paradoks wyrafinowanego świata (biorąc pod uwagę, że znajdowaliśmy się w Autonomii Palestyńskiej brutalnie odgrodzonej od Izraela). W każdym zakamarku groteskowa sztuka poruszająca globalne problemy. Po ujmującej muzyce na żywo, do drugiego, nieziemsko przyjemnego, chłodnego piwa, fortepian sam zaczął nam grać kawałki Massive Attacki, czy Nine Inch Nails. 










 
Wracaliśmy, gdy na dworze pojawiła się już czarna otchłań nieba. Żołnierze, którzy kontrolowali bramki w murze, od niechcenia, pomiędzy jednym ziewnięciem a drugim, bronią wskazali nam drogę wyjścia. Powrót był zamglony, mniej mistyczny, czy intensywny. Nierealny. Ostatni autobus do Jerozolimy. Wracamy, lecz bezsprzecznie fragment mojej duszy został w Betlejem u Banksiego. W tamten wieczór moje wnętrze pozostało w Palestynie. Miejscu wypełnionym nadzieją, refleksja, i gęstą treścią.




2 komentarze

  1. bardzo fajne fotografie, lubię taki klimat!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie 🙏🏼 To prawda fotogeniczny teren, choć zarazem bardzo groteskowy: piękno graffiti połączone z syfem na ulicach Betlejem, a przepych hotelu banksiego skontrastowany z totalną biedą.

      Usuń