Akhzivland. Zdążyliśmy przejść
przez granice bez wizy i wcześniejszej zapowiedzi o pobycie (granica celna w
postaci sznura przewieszonymi przez bramę) doszliśmy do centralnego punktu
państwa (czyli jakieś 50m od granicy), gdy zatrzymał nas...
celnik (zjarany
trzydziestolatek), który powiedział, że muzeum (hippisowska chata Eli
Avivi’ego) jest już na dziś zamknięte. Zawiedzeni, przepoceni całym dniem
podróży, usiedliśmy na granicy po stronie Izraelskiej patrząc na autonomie. Akhzivland rządzi się swoimi
prawami. Na własnych zasadach działała też rzeczywistość tego dnia,
pamiętnego 3 września 2017. Totalnie w opozycji.
*Akhzivland jest mikropaństwem pomiedzy Nahariyą a granicą
Libańską. Stan został założony przez Eli’ego Avivi w 1972 roku.
Zdarzają się takie dni w podróży, że nic nie idzie po myśli,
że jedzie się rano z pięknie ułożonym planem, z wyznaczonymi w idealnych
odstępach czasoprzestrzeni miejscami, z nadzieja na masę nowych doznań, wiedzy,
doświadczeń, a tu… dupa kota. Mauzoleum Bahaistów (Bahaizm - religia monoteistyczna, która podkreśla duchową jedność całej ludzkości i łączy w sobie elementy judaizmu, chrześcijaństwa, islamu i babizmu) otwarta do 13, wiec ruszamy na kolejny punkt programu.
W
powietrzu panuje kosmiczna parówa. Autobus nie przyjechał, więc idziemy na
piechotę do muzeum holokaustu z lat 60tych.
Zbiory przeleciane w biegu, bo w końcu znamy te historie od podszewki, a jeszcze
tyle atrakcji przed nami… mhm. Do Akki dotarliśmy 10 min po odjeździe
ostatniego busa do Ga'aton, miejsca siedziby Kibbutz Contemporary Dance Company. To po co tak
pędziliśmy w muzeum? Eh, no nic - lecimy do autonomii Akhzivland.
Kolejny autobus, przedarcie się przez piekielny campus namiotowy muzułmanów,
gdzie leżał jeden człowiek koło drugiego, krzyk dzieci, dym od grillów (w
skwarze 30stopniowym tworzył się niezły Hades, a oczywiście w oczach
uczestników było to jak dla turystów rajskie Międzyzdroje). No, ale w końcu
dotarliśmy do autonomii. I co? Dupa kota dwa. Jedziemy na noc do Nazaret, ale
zanim dotrzemy napilibyśmy się czegoś zimnego, na orzeźwienie, pocieszenie.
Akka.
W oknie kawiarni pomarańczowy, niczym zachód słońca nad Morzem Śródziemnym,
mrożony sok pomarańczowy. Ochoczo Wchodzimy do sklepu. Hm... zapach nie za
ciekawy, ale pomijamy ten fakt, bo jeszcze w myślach tli się wyobrażenie
cudownego ochłodzenia. Magia jak w bajce o kopciuszku lub niczym prędkość
wybuchu nuklearnego zniknęła migusiem - specyficzny zapach swe źródło miał w
odchodach Pana sprzedawcy, który w momencie naszego przebywania w sklepie przy
otwartych drzwiach symultanicznie załatwiał swoje potrzeby i sprawdzał kto
wchodzi do sklepu.
Przejechał nam autobus. Nie zatrzymał się? Bo po co. Ale po czasie dojechał drugi. Zapełniony, trzeszczący. Myślałam, że to już może koniec atrakcji na dziś? Nie, jak mogłam zwątpić w mnogość absurdalnych atrakcji. Jak noc grozy to totalna. Przede mną zasiada... duży Pan odznaczający się charakterystycznym intensywnym, kwaśnym, totalnie NIEprzyjemnym zapachem i drugi mężczyzna bez głosu, albo raczej z chropowatym dźwiękiem, podobnym do tego, który wydawał autobus.
Nie daje rady. Wybucham śmiechem, dając tylko tacie znać, wydając z siebie znaczący zawiedziony sygnał "Raw Raw", że za dobrze nie jest (takie poczucie absurdu zapewniliby mi tylko mistrzowie groteskowych dzieł). Dzień niedzielnej podróży zakorzeni mi się głęboko w pamięci. Coraz intensywniej czułam się naturalnie w otoczeniu. Moje poczucie absurdu spowodowało, ze chłopaki siedzący dwa miejsca obok zaczęli śmiać się razem ze mną i zapozowali ochoczo do zdjęć. Kierowca, który uprzednio zawiózł nas do autonomii Akhziwland, a chwile później zgarnął nasz powrotem do Naharyji (jako, ze nie zagościliśmy tam za długo) zarzucił uśmiechalnościa i zaprosił nas do busa bez biletów.
Przejechał nam autobus. Nie zatrzymał się? Bo po co. Ale po czasie dojechał drugi. Zapełniony, trzeszczący. Myślałam, że to już może koniec atrakcji na dziś? Nie, jak mogłam zwątpić w mnogość absurdalnych atrakcji. Jak noc grozy to totalna. Przede mną zasiada... duży Pan odznaczający się charakterystycznym intensywnym, kwaśnym, totalnie NIEprzyjemnym zapachem i drugi mężczyzna bez głosu, albo raczej z chropowatym dźwiękiem, podobnym do tego, który wydawał autobus.
Nie daje rady. Wybucham śmiechem, dając tylko tacie znać, wydając z siebie znaczący zawiedziony sygnał "Raw Raw", że za dobrze nie jest (takie poczucie absurdu zapewniliby mi tylko mistrzowie groteskowych dzieł). Dzień niedzielnej podróży zakorzeni mi się głęboko w pamięci. Coraz intensywniej czułam się naturalnie w otoczeniu. Moje poczucie absurdu spowodowało, ze chłopaki siedzący dwa miejsca obok zaczęli śmiać się razem ze mną i zapozowali ochoczo do zdjęć. Kierowca, który uprzednio zawiózł nas do autonomii Akhziwland, a chwile później zgarnął nasz powrotem do Naharyji (jako, ze nie zagościliśmy tam za długo) zarzucił uśmiechalnościa i zaprosił nas do busa bez biletów.
Do Nazaret
dojechaliśmy 22:16. Dopiero na miejscu odczytaliśmy wiadomość, że Pan z
recepcji jest do godziny dziesiątej. Na nasze szczęście (które tego dnia
towarzyszyło nam pod nieco zakrzywioną postacią) niespodziewanie recepcjonistę
zagadał znajomy, z racji czego został dłużej w pracy. Tej nocy ugościł nas
magiczny 200 letni pałac Arabskiego Fauzi Azzar Inn’a, który został włączony w
sieć Abraham Hostels.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz