![]() |
| Powitalna tabliczka z Mea Shearim. |
Wyjazd
do Izraela był dla mnie niewątpliwym szokiem kulturowym, obyczajowym, społecznym,
artystycznym, emocjonalnym, zapachowym, smakowym... wymieniać mogłabym bez
końca.
Od początku - BUM... wejście na lotnisko w Tel Aviv. Na wstępie drobne
sprzeczności. Pytania na dzień dobry: "W jakim celu odbywasz podróż do
Izraela? Gdzie zamierzasz przebywac?" Ehh... czy wyglądam tak
niebezpiecznie?
Dla dopełnienia zaskakującego powitania muszę dodać, że tato, zamiast sondaży, w
kontraście do mnie, dostał powitalnego cuksa.
Naganianie turystów. Autobus nie odjedzie dopóki nie będzie pełny. Pasażerowie sami angażują się w przekabacanie podróżnych do swojej taksówki. Jedziemy do Jerozolimy. Trasa? Ogromne szczęście. Po dojeździe do największego miasta Izraela - przejazd przez Mea Shearim, czyli dzielnicę ultra ortodoksyjnych Żydów.
Sceneria niczym z filmu, którego fabuła dzieje się w ubiegłym stuleciu: panowie kapelusznicy i pieczątkowcy (bo jako wyłącznie obserwator różnicę widzę tylko w rodzaju nakrycia głowy - stąd pieczątki i kapelusze). Dzieci z pejsami do ramion? Normalka. A nie tylko ludzie umożliwiają nam poczucie przeniesienia się w przedwojenną przestrzeń. Od głównej ulicy, którą przejeżdżał autobus, odchodziły uliczki z podziurawionymi drogami, ruderami z obwieszonymi praniem balkonami i witającymi tabliczkami na wejściu „Wchodzicie do strefy mieszkalnej. Jej się nie zwiedza.”, czyli… musimy tu wrócić.
Nie mogło wydarzyć się inaczej, że tego dnia późnowieczorny spacer odbyliśmy właśnie tam.
Przechadzka zaowocowała pozostawieniem wewnątrz mojego ciała totalnego poczucia odrębności. Jako przechodzień na pewno nie da się być niezauważalnym. Im głębiej wejdzie się w dzielnice, tym silniejsza teleportacja w odmienna przestrzeń. Tylko my (ja z tata) i kapelusznicy lub pieczatkowcy, których obserwuje się w sytuacji dysput (mam dość silne przeczucie, ze są to wyłącznie rozmowy filozoficzne lub teologiczne). W okrasie wąskich uliczek z powywieszanymi plakatami, przeniesionymi niczym z wojennej Warszawy, nawiedziła mnie myśl, że w ten sam sposób, jak my, nierzadko czuja się osoby wyróżniające się (czy to odcieniem skory, czy strojem, czy fryzura) na prowincjach, bo są to w większości środowiska hermetyczne. I zazwyczaj tak jak ja, w pierwszym odruchu: opuszczają wzrok, jak patrzą i obserwują to spod byka, jak odpowiadają to trochę ciszej (mówię tu z perspektywy bycia w odizolowanym otoczeniu swoistym alienem z kosmosu).
Dobra, ale tez zastanawiało mnie czym zajmują się Panowie na co dzień. Czy Pan Pieczątkowiec siedzi i sprzedaje kredyty w banku, a Pan Kapelusznik tworzy plany budowy dróg? Niezupełnie. Bez zaskoczenia okazało się, ze wśród ultraortodoksow panuje dość duży odsetek bezrobocia. Tuż po ślubie, przez kilka lat, jedynym zajęciem młodych mężczyzn jest czytanie świętych ksiąg.
Centralne zaułki Mea Shearim poprzedza tablica z prośba o bycie nieubranym w nieskromne stroje (dokładne tłumaczenie z języka angielskiego brzmi dla mnie bardziej radykalnie niż prośba "o bycie ubranym skromnie", bo generalnie, to najlepiej nie zapuszczać się tam w ogóle). My nie weszliśmy - poczucie odmienności i naruszania czyjejś tradycji i przestrzeni osobistej było zbyt silne (abstrahując od drobnego poczucia strachu wobec bycia oplutym czy zlinczowanym). W tej dzielnicy w szabat lepiej uważać z zapaleniem papierosa, czy przeprowadzaniem rozmowy telefonicznej. Bezsprzecznie zaskoczył i zafascynował mnie tak silnie hermetyczny i odmienny świat.

musze sie tam wybrac :)
OdpowiedzUsuńPolecam bez wątpienia 👌🏻🌍
Usuń