Zasada zachowania energii z zastosowaniem w życiu codziennym.

Energia nieustannie krąży we wszechświecie. Nie znam się na Feng Shui, energii Chi, Tao czy innych konceptach energetyczno-ideologicznych. Wiem na pewno, że jak będziemy dawać uśmiech, dobre słowo to wrócą one z podwójną mocą. To taka fizyczna zasada zachowania energii, empiryczne prawo fizyki na co dzień. Energia w układzie izolowanym nie może być zniszczona.

To co wysyłamy wraca do nas zwielokrotnione. Nie chodzi mi tu o nastawienie się na korzyści materialne. Jeśli tylko będziemy otwarci na świat i na to, co nas otacza, nie będziemy skupiać się tylko na sobie, ale także na innym człowieku to jakaś cząstka dobroci na pewno do nas wróci.
Gdy myślimy pozytywnie, to przyciągniemy do siebie pozytywne myśli. To te oklepane i już przemielone w wielu artykułach prawo przyciągania. Jak przekonwertujemy energię (czy na pozytywną, czy na negatywną) to już zależy tylko od nas. Wiele sytuacji negatywnych może po nas spłynąć. Każdy popełnia błędy, przypadki chodzą po ludziach, a w dół mogą nas ściągać tylko i wyłącznie nasze myśli (te spowodowane złym nastawieniem, i te wywołane zbytnim angażowaniem się w to co mówią, myślą inne osoby). 
U mnie mechanizm jojo energii działa nieustannie w Izraelu. Najpierw Sonia, którą poznałam totalnie przypadkowo w teatrze Clipa (i o której już wspominałam) zaprosiła mnie na spektakl, który był uwieńczeniem jej artystycznej rezydencji w Tel Awiwie. Następnie podczas wyjazdu do Masady odbyłam przecudowną rozmowę z kierowcą busa. Alon okazał się być miłośnikiem sztuki wizualnej. Skończył szkołę filmową. Z zamiłowania jest przewodnikiem po różnych zakamarkach Izraela. Prywatnie zaproponował mi wyjazd do Ein Hod, czyli kolonii artystów w okolicach Haify. Zaoferował jednodniową podróż, bo nie lubi jeździć sam, a o sztuce, jak zaznaczył, (oprócz kontemplacji) trzeba rozmawiać. 
Piękny moment narodził się również wczoraj. Podczas wieczornej zmiany zajmowałam się także podawaniem jedzenia, ze względu na piątkową szabatową kolację. Usłyszałam, że jedna kobieta rozmawiała po polsku, zatem przy podawaniu kurczaka powiedziałam jej „proszę”. Kryśka (jak się później okazało) była niezwykle zaskoczona. Okazało się, że jest miłośniczką tańca i teatru oraz niesamowicie mądrą i piękną byłą profesorką z Warszawy. Zaprosiła mnie na spektakl do centrum Suzanne Dellal. Bardzo dobrze nam się rozmawiało, więc reakcja łańcuchowa przedłużyła nasze spotkanie na dłuższy spacer, wspólny lunch oraz niekończące się rozmowy. A tak, zaczęło się od niewinnego „proszę” i kurczaka.
Jestem niesamowicie wdzięczna, ze mogę być tutaj, że poznaję tak pięknych ludzi. Tak naprawdę to mogłabym spojrzeć na to tak, że spektakl w Clipie był za krótki, a w tym czasie mogłabym odbyć dwie godziny gagi, że kierowca rozmawiał ze mną o 6 rano, kiedy mogłabym ten moment wykorzystać na spanie, a teatr dzisiejszego dnia okazał się sztuką kostiumową dla dzieci, więc była to tylko strata czasu i energii (bo przecież miałam tak wiele zaplanowane). Bez zbędnych oczekiwań pozwalam jednak toczyć się podróży własnym rytmem. Uczę się (bo czasem jednak jeszcze czuję spinę), że nie wszystko muszę zobaczyć. Nic mnie nie goni, a odpuszczenie jednej sytuacji może spowodować, że narodzi się nowa. Jestem szczęściarą i każdy z nas może być. Wystarczy się uśmiechnąć, a pozytywną energię dostanie się z powrotem. A dawanie też może sprawiać radość, serio.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz