Tak, strach to taki mały stwór, jeszcze bardziej przerysowany niż obrazy Margaret Keane, który proporcjonalnie do swojego ciała ma wielkie tylko oczy. Złudzenia i niepewności, wewnętrzna buka to coś co nas, ludzi, blokuje przed podejmowaniem decyzji, wyjściem poza strefę komfortu, która
jest nierzadko nudna. Ale wydaje nam się, że jak ciepło i milusio, to nie ma co się pchać w nieznane, bo jeszcze... no właśnie bo jeszcze co? Może kwietnik z balkonu na nas spadnie?

Chociaż łatwo mi się pisze przemyślenia typu „Julia Coehlo” to nie zamierzam przebranżawiać się na psychologiczno-motywacyjno-couchingowego bloga. Chcę tylko powiedzieć, że niełatwo czekało mi się na samolot trzy dni temu. Bałam się, przed przyjazdem do Izraela, kompletnie nie wiem czego. Może była to niepewność, że nie ogarnę innej, orientalnej przestrzeni, że zgubię się w uliczkach Tel Avivu, że pierwszy napotkany współpasażer w pociągu okradnie mnie zanim zdążę dojechać do Abraham Hostel, że nikogo nie zrozumiem, nie będę miała z kim rozmawiać, że ten wolontariat to jedna wielka ściema? Oj, byłam bardzo małym kłębkiem szarości, kiedy siedziałam w kawiarni przed odprawą. Ale teraz jak sobie o tym myślę to przecież był to totalny absurd. Wiem po co przyjechałam do Izraela. Przygotowywałam się do wyjazdu, czytałam sporo dobrej literatury, refleksji w sieci, byłam w stałym kontakcie z ekipą z mojego hotelu.
Tel Aviv przywitał mnie szalonym busem. Ekipa młodych pasażerów, jak zobaczyła mnie z bagażami, z pełnym entuzjazmem zaczęła sprawdzać, czy na pewno jadę pod dobry adres. Kierowca z nikłym angielskim wytłumaczył mi, przy pomocy gestów, że jeśli krzyknie „here” to ja wysiądę i śpiewająco odpowiem „thank you”. Po dotarciu do hotelu i otrzymaniu niezbędnego „starterpack’u” od wesołego chłopaka z recepcji, udałam się do pokoju, gdzie przejęli mnie już wolontariusze. Pierwsze zapoznanie, które w każdym przypadku na początku ograniczało się do pytania: Jak masz na imię i skąd jesteś? Dziewczyna ze Szwajcarii ochoczo, z ogromną sympatią i zaangażowaniem dała mi informację o najważniejszych punktach hotelu (który ma cztery piętra i jest przeogromny) oraz zafundowała wieczorne zwiedzanie budynku. Jakby specjalnie na moje powitanie grała rockowa kapela w głównym miejscu spotkań hotelu przy barze.


W Abrahamie, jakby na pstryknięcie, zszedł ze mnie cały stres. Chyba już w momencie przekroczenia progu hostelu. Teraz jestem szczęsliwa. Buka uciekła. Poznaję ciekawych, otwartych, pomocnych i uśmiechniętych ludzi, którzy tak jak ja poznają świat przez podróże i szukają siebie. Pomimo różnego wieku, płci, narodowości jesteśmy tacy sami (znów mały przejaw Julii Coehlo).
Odbyłam już pierwsze spacery po mieście zarówno sama jak i w większej ekipie. Odpuściłam. Nie boję się, że coś mnie ominie, nie mam parcia, że muszę coś zobaczyć. Wzbraniam się od tego, bo wiem, że wywoła to tylko niepotrzebną presję. Jestem tu i teraz. Każda chwila jest kompletna, intensywna. Planuję odpoczynek i pisanie postów, ale jedyne, czego się kurczowo trzymam to tylko moja praca o określonych godzinach w hotelu (dlatego ten post nie pojawił się szybciej). Uśmiecham się, jestem ciekawa i zaangażowana w każdym momencie – zarówno w chłanianie otoczenia i momentów, jak i w odpoczynek. To elementy, które budują szczerego i dobrego rozmówcę.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz